Marathon de Paris 06/04/2014

W momencie gdy zapisywałem się na ten maraton w planie było złamanie 3h :), zrealizowałem dobrze przygotowania do tego wydarzenia planem A Jacka Danielsa, cały trening do tego maratonu znajduje sie w poście Trening do Marathon de Paris. Na to wydarzenie udaliśmy się w trójkę, ja, Karol i Rafał, ja z Karolem przyjechaliśmy samochodem z Anglii a Rafał miał dolecieć samolotem. Eurotunel mieliśmy na 9:00 więc zgodnie z planem wyjechaliśmy z Reading o godz 6:10 i spokojnie zdążyliśmy na pociąg, do hotelu przyjechaliśmy na godz 12:30,  po czym udaliśmy się po odbiór pakietów startowych oraz na targi.

Od hotelu do miejsca gdzie mieliśmy odebrać pakiety było 45min na piechotę, więc spokojnie tam szliśmy, po drodze dowiedzieliśmy się, że Rafał ma opóźniony samolot i prawdopodobnie nie zdąży po odbiór pakietów, a miał On też nasze zaświadczenia od doktora, które były wymagane do odebrania nr startowych.  Trochę było nerwówki ale gdy zaszliśmy na miejsce i przedstawiliśmy sytuacje to miła Pani powiedziała, że wystarczy jak wyślemy mailem te zaświadczenia a oni wydrukują na miejscu, szybka wymiana plików przez telefon i po 15 min mieliśmy już swoje pakiety, odebraliśmy również paczuszkę dla Rafała ;).
paris marathon, photos Pokręciliśmy się trochę po targach biegowych z nadzieją, że można coś kupić taniej ale szybko przekonaliśmy się, że ceny są „paryskie”. Wróciliśmy więc do hotelu około godz 19:30 a Rafał szczęśliwie dotarł coś po 20:00, przywitanie chwila rozmowy, kolacja i do spania 😉
Pobudka godz 6:00 lekkie śniadanko, kawka to już tradycja 😉 start był przewidziany na godz 9:00 więc z hotelu wyszliśmy o godz 8:00 do startu mieliśmy około 20min piechotą, więc spokojnie sobie szliśmy, trochę potruchtaliśmy w ramach rozgrzewki, po dotarci w okolice startu każdy zaczął swoją rozgrzewkę i na 10min przed startem każdy wszedł w swoją strefę startową, ja z Karolem byliśmy w tej samej ponieważ oboje się sadziliśmy na złamanie 3h wtedy gdy zapisywaliśmy się do tego wydarzenia. marathon trening

Ja 2min przed startem podjąłem decyzję, że nie lecę jednak na 3:05 tylko od samego początku lecę z Karolem  bo będzie nam razem łatwiej, Karol z resztą miał obmyśloną „taktykę” na bieg aby zacząć od 4:37 i co 5km delikatnie przyśpieszać tak aby skończyć na 3h15min.

Godz 9:00 ruszamy spokojnie i po 500m wchodzimy w swoje zakładane tempo 4:37 co d startowaliśmy ze strefy 3:00, po 4km minęła nas grupa w zającem na 3:15 wtedy Karol powiedział do mnie tak: „spokojnie Tadziu lecimy swoje będziemy spokojnie przyśpieszać i ich dogonimy” lecimy więc swoje, pierwsze 5km zamykamy idealnie po 4:37. Zrobiło się już trochę ciepło więc staraliśmy się kryć w cieniu raz jednej, raz drugiej strony jezdni, kolejny 5km zamykamy po 4:35, wszystko idzie idealnie, aż sam nie mogę uwierzyć 🙂

Na 12km wciągamy po żelu i popijamy to wodą i dalej lecimy swoje, trzecią piątkę zamykamy po 4:33/k m, Karol w roli zająca spisuje się bardzo dobrze,  na każdym wodopoju pijemy wodę a co drugi jemy i pijemy 😉 4 piatka zamknięta po 4:31, więc przyśpieszamy co 5km o 2 sek/km jest idealnie, połówkę mijamy z czasem 1h37min kilka sek, leci sobie spokojnie dalej 22,23,24km…… i po 24km mówię do Karola: „Karol słabnę lekko, zwolnię trochę, nabiorę sił i Cie dogonię, leć swoje” zwolniłem do 5:15/km nie wiem co się dzieje, miałem tyle długich wybiegań a tu mnie już ścina po niecałych 2h biegu ?

Walczę sam z sobą dobiegam do 5 wodopoju na 25km biorę wodę ze sobą i truchtam, nie rozumiem zupełnie co się stało, gdzie siła itp, dobiegam do 27km gdzie jest kolejny wodopój ale już po zabraniu bana i picia, przechodzę w marsz i spokojnie konsumuję :), idę może 1,5min po czym zaczynam znowu bieg ale już nie po 4:30 tylko po 5:30/km na moje twarzy maluję się grymas, w głowie niezrozumienie a w nogach bezsilność. Nie mogę praktycznie nic zrobić, truchtam więc tak do 30km z nadzieją, że kryzys minie, kolejny wodopój znowu biorę co mi potrzeba, marsz, konsumpcja i dalej trucht, czuję zupełna bezradność.
Myślami jestem gdzieś na treningach, rozważam co było źle, co jest nie tak, mijam 33km, myślę krążą po głowie wiem już że 3h20min nie jest w moim zasięgu marzę wtedy aby przerywać ten kryzys, wydaje mi się, że biegną od tego 33km już bardzo długo i  widzę w oddali tabliczkę z oznaczeniem km w nadziei, że to już 35 a może 36km a tu się okazuje, ze to dopiero 34km – masakra !:) patrzę na zegarek – faktycznie dopiero 34km, zostaje jeszcze 8km, zaraz przed 35km leży jakiś koleś i jest mu udzielana pomoc bo chyba zasłabł Biegnę dalej sam już nie wiem co się dzieje na trasie, wiem tylko, ze jest mnóstwo ludzi, którzy dopingują, dodaje to siły ale nie na tyle aby przyśpieszyć tylko aby tylko truchtać, od 25-36km biegłem a raczej czołgałem się po około 5:25/km.
Po minięciu  36km czuję się już lepiej,  nie staram się przyśpieszać tylko biegnę tak jak się czuję i ja mijam 39km sam jestem zdziwiony, że tempo mimo wszystko wzrosło do 5:08, w sumie szału nie ma i mam tylko nadzieję, że ukończę ten maraton poniżej 3h30min bo zostały tylko 3km :), na 40km widzę kolejną ofiarę maratonu, znowu ktoś zasłabł, biegnę dalej, ludzie dalej dopingują każdego, mijam 42km zosatje 200m do mety a tu kolejna ofiara leży na asfalcie, a już było widać metę, ten to miał niefarta, wbiegam na metę z czasem 3h28min13sek, czas niby nie jest tragiczny ale jeżeli się chce przebiegnąć 3:05-3:10 a przybiega się 20min później to trochę przykro jest.
Na całej długości trasy były rozstawione zespoły muzyczne, które koiły cierpienie biegaczy 😉 było ich w sumie 40 więc praktycznie co 1km była jakaś muza 🙂 Za metą odbieram medal, koszulkę i inne pierdoły, jest mnóstwo pomarańczy, zjadłem  po drodze 5 całych pomarańczy, 2 banany i wypiłem jeden power ride, wszystko to za metą było. Czuję ból w nogach, co prawda skurcze mnie nie łapały w czasie biegu ale teraz mam nogi mięciutkie, idę trochę jak połamany ale idę ;).

Po biegu umówieni byliśmy wszyscy pod łukiem triumfalnym więc kieruję się w tamtą stronę, nie przebieram koszulki bo nawet zapomniałem o tym tylko idę  w tej z biegu, nr startowy dalej przypięty, medal na szyi i idę jak gdyby z niewoli. Zaraz prze wejściem pod łuk spotyka mnie ciekawa zdarzenie, mianowicie grupka turystów z Azji coś do mnie mówią, nie rozumiem ich za bardzo, bo nie było to w języku angielskim, polskim czy też francuskim (francuskiego i tak nie znam ;)) ale domyślam się z ich gestów, że chcą aby zrobić im zdjęcie po pokazując coś na łuk i na aparat ;), wiec chcę wziąć aparat od Pana (około 50 lat) aby zrobić im to zdjęcie ale on pokazuje, że nie i daje mi do zrozumienia, ze chce sobie zrobić zdjęcie ze mną, myślę sobie  „ciekawe” no ale godzę się z uśmiechem.
Zrobili to zdjęcie z tym Panem, dałem mu też medal żeby sobie chłopina zrobiła też z takim gadżetem, Pan mi oddaje medal więc się zbieram pod ten łuk ale oni mnie znowu zaczepiają i jego chyba córka coś po angielsku do mnie  mówi, że jeszcze zdjęcia mama chce, myślę  znowu hmmm… no ok 😉 no ale na tym się nie kończy, było ich w sumie 5 osób, rodzice, babcia, 2 córki, z każdym z nich zdjęcie pojedynczo, w parach, w różnych konfiguracjach, miłe to było ale tak sobie myślałem, czy nie było innej atrakcji w Paryżu tylko Tadziu w przemokniętej koszulce, spocony, zmęczony ? Znaleźli sobie atrakcyjny obiekt w środku Paryża :).

W końcu udaje mi się dotrzeć pod ten łuk ale nie ma tam Karola, myślałem wtedy, że Karol leciał swoje po ty jak rozstaliśmy się na 24km i po prostu znudziło mu się czekanie i poszedł d o hotelu, został jednak Rafał, który startował ze strefy 3:30  więc myślałem, że powinien się niedługo zjawić, odczekałem akademickie 15min i już wychodziłem z pod łuku a tu widzę Rafała, w stanie nie lepszym niż mój, schodzimy po schodach jak ostatnie ofermy 🙂 i zmierzamy do hotelu, po drodze gadka szmatka, wrażenia, itp.

Wchodzę do hotelu i od razu idę pogratulować Karolowi świetnego wyniku bo takiego się spodziewałem, jednak On śmieje mi się w twarz i mówi, że po ty jak ja osłabłem na 24km to jemu przytrafiło się to samo na 25km i też męczył się do samego końca tak jak ja ukończył 1h27min czyli lekko ponad minutę – dla nas to porażka. Rafał skończył na 1h23 – gratulacje 🙂 Każdy udał się do swojego pokoju, prysznic, relaks i spotkaliśmy się u Karola w pokoju koło 16:00, obiad regeneracyjny i oczywiście zaczynamy oblewanie, długo w sumie nie siedzimy bo każdy zmęczony maksymalnie i już około 22 każdy jest „gotowy”..
Wstajemy w poniedziałek około 10, śniadanko i zabieramy się za „leczenie”, oczywiście rozkręcamy się pijemy spokojnie i tak coś około 17:00 brakuje już Jeam Beama ,więc ja jako najmłodszy idę do sklepu, jednak nie mają tam tego trunku ale za to jest Żubrówka, kupuję wiec 2 butelki, sok jabłkowy i wracam do hotelu :).Siedzimy dalej, pijemy, rozmowy o wszystkim i o niczym aż w pewnym momencie, a byliśmy już nieźle wcięci, Rafał mówi coś co zostanie w naszych głowach już chyba do końca życia, nasza rozmowa przebiegała mniej więcej tak:
– wiesz co Tadek ?- co?- Ty popełniłeś błąd na samym początku.

– ale kiedy ?

– no na początku…

– Rafał, proszę Cię, konkretnie kiedy ? W którym momencie….

– Wiesz co ? nie jestem Ci w stanie tego teraz powiedzieć ….

Jaki to był błąd nie wiem do dzisiaj, kiedy go popełniłem też nie wiem  😉

Śmieszne ? Takie to są rozmowy gdy już w czubie jest nieźle ….. :). Tak mija poniedziałek, zamiast zwiedzania picie :), hotel mamy do środy do 11:00.  Wtorek ja już nie piję alkoholu ponieważ w środę jadę więc dziękuję za dalsze picie, chłopaki też tyko parę piwek podczas zwiedzania.

Byliśmy też z takiej „restauracji” zjeść coś dobrego, kelner polecił rybę, niby danie szefa, więc każdy z nas zamówił to samo ale jako starter zmówiliśmy sobie ślimaczki :). Każdy nas dostał po 12szt, nigdy nie jadłem ślimaków i powiem szczerze, że nie bardzo chciałem próbować ale jak wszyscy to wszyscy, ślimaki te były podane w muszelkach i trzeba było je wyciągać taki mały specjalnym widelcem, wziąłem  pierwszego, próbuje i okazuje się, że nie jest taki zły, smakuje trochę jak flaczki :), zjadam wszystkie 12szt ale szału to nie robi. Kelner w końcu przynosi danie szefa i tutaj zaskoczenie, jeszcze nigdy nie jadłem tak smacznego dania.

Po obiedzie pokręciliśmy się trochę po mieście i wieczorem wróciliśmy do hotelu, trochę jeszcze pogadaliśmy i grzecznie poszliśmy spać :). Środa wyjazd z Francji i powrót do rzeczywistości. Gratulacje jeżeli czytasz tę linijkę, bo nie wiem czy ktokolwiek czyta takie pierdoły 😉

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmailby feather
%d bloggers like this: